Bloog Wirtualna Polska
Są 1 202 742 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Pierwsze wodowanie w 2007r.

sobota, 26 maja 2007 0:27
No i zaczęło się... . Co prawda z datą 13 maja, ale wszystko poszło gładko i bez niespodzianek.
Była niedziela, pogoda przez cały dzień zmieniała się: raz chmury, za chwilę słońce. Ok.  czwartej po południu, kiedy niebo przeczyściło się  dzieciaki zapytały co będziemy robić. Decyzja (jak zwykle) trwała kilka sekund:
                         K a j a k i !!!
I po chwili siedzieliśmy już w samochodzie.
    Jeszcze moment i stracimy stały grunt pod nogami
  ... już w kajakach, jeszcze tylko drobne poprawki, zdjonko i... .
 Znów na wodzie. Magda z radości aż skakała w kajaku.
Dla Piotrka był to pierwszy spływ w życiu, choć kajakiem pływał już nie raz. Na niebie pojawiło się...  lotnictwo.
Poczuliśmy się trochę jak ryby w akwarium bo cały czas byliśmy pilnie obserwowani...

... z lądu,

powietrza


i wody  Tu obserwowała nas rodzina traczy, a tu liczniej zgromadzona publiczność:-D
Po kilku kolejnych kilometrach ukazał nam się taki widoczek  To z pewnością jakiś mieszkaniec Warszawy kupił działkę nad Wkrą ( bo przecież sąsiedzi i koledzy z pracy już takie mają:-)) , a potem nie mogąc rozstać się na weekend ze swoim kochanym miastem postanowił zabrać kawałek ze sobą. Za rok pewnie pokryje działeczkę aswaltem, postawi góralską chatę, przed chatą co najmniej Mercedesa, basenik itd. Chwila odpoczynku.
 Za kolejnym zakrętem zobaczyliśmy
 Stary młyn. Stoi tak i tęskni za dawnymi czasami... . Na nas też już przyszła pora. Jeszcze poklepanie wystającego z wody ogromnego głazu, a już na lądzie... Magdy po głowielimo:-D.
Podziel się
oceń
0
0

komentarze (19) | dodaj komentarz

Na żaglach po Zalewie (jeziorze) Zegrzyńskim

piątek, 22 września 2006 20:09

Tydzień po zakończeniu sezonu żeglarskiego w Porcie Pilawa nad Zalewem Zegrzyńskim (krótką relację też napiszę) zebrałem kilka osób i wybraliśmy się na całodzienny rejs pod żaglami. Już od dłuższego czasu taka wyprawa była w planach , tylko brakowało czasu, żeby pojechać do Warszawy po nowy patent żeglarski (stary straciłem razem z samochodem przed rokiem).

Tradycyjnie, najpewniejwszymi kompanami na wodę, okazali się Kasia i Topek.Ja zabrałem swoją dzieciarnię, a Burek Sylwię- swoją dziewczynę. Nad brzegiem zalewu byliśmy ok. 11. Co do sprzętu pływającego nie mieliśmy już wyboru, bo wolna została jedynie dość stara omega. Po wylaniu z niej sporej ilości wody byliśmy gotowi do drogi. Przyznaję, że na początku miałem trochę obaw, bo w naszej  załodze poza mną, jakiekolwiek doświadczenie żeglarskie miały tylko moje dzieci:-). Nasze panie, jak to panie... , założyły kamizelki asekuracyjne,dobierając je jednak do koloru torebki lub butów (sam nie mam pojęcia czym się kierowały), a nie pod względem wagi jaką mogą unieść.;-( A co tam, jak już tonąć, to przynajmniej elegancko:-D. Po dłuższej chwili udało mi się je przekonać, że te kamizelki są dla dzieci. Teraz było już lepiej(o_o)

                                Tak prezentowała się cała moja załoga

                                oczywiscie ja jak zwykle jestem za aparatem.

  Z przystani wypływalismy z napędem ręcznym bo było dość ciasno.   Sylwia,od razu po postawieniu żagli, ogarnięta paniką zaczęła obgryzać paznokcie.   Kaka znosiła podróż znacznie lepiej. Być może uodporniły ją poprzednie wyprawy. Burek z ułańską fantazją chciał cały czas płynąć w przechyle.  

Już na samym początku okazało się, że mam zupełnie rozładowane akumulatory w aparacie;-(. Postanowiliśmy popłynąć do portu Pilawa, żeby coś zjeść, a przy okazji poszukać jakiegoś sklepu z bateriami.

                                 

W Pilawie bez trudu znaleźliśmy wolne miejsce przy kei. Bałaganik jaki zostawiliśmy na pokładzie był celowy, miał mówić amatorom cudzej własności, że jesteśmy blisko i zaraz wrócimy. Ja ten przyjemny porcik odwiedzam regularnie (min. raz w roku), są tu fajne imprezy, można coś zjeść i wypić;-)ale ja zawsze za kółkiem, lub za sterem. Popędziliśmy więc wybrać coś do jedzonka. Burek był tak głodny, że zjadłby i konia z kopytami. Na szczęście nie wiedział, że ok 100m dalej chodzi sobie dziczyzna   Topek jak zwykle grymasił: wszędzie za dużo tłuszczu.W karkówce za dużo, w kiełbasie zadużo, w szaszłyku, w kaszance, w chlebie(ups, chyba za bardzo się rozszalałem z tym chlebem...). Wydelegował więc Kakę, żeby znalazła coś normalnego, tzn. bez tłuszczu. No i znalazła:    KEBAB (bo tak nazywał się ten czarny), wyrwany ze snu podniósł się i ze spuszczoną głową, powoli... poczłapał do kuchni:-(. Kaka poprosiła, żeby KEBABA polać mocno sosami, to Topek nie będzie widział tłuszczu, czarnej wełny i rogów:-%:-O;-P]:-> . Jak to mówią: ,,czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal

Wracając do naszej ,,Moniki" (tak się nazywała nasza omega), Topek pomylił drogę i chciał płynąć innym jachtam. Nie wiem tylko czy jego właściciel byłby zadowolony z zamiany. Omega ma odrobinę mniejszy standard...:-D Zresztą porównajcie sami.  Przed opuszczeniem Pilawy zrobiliśmy sobie wspólną fotkę i o mały włos byłaby to nasza ostatnia fotka  Kiedy znaleźliśmy się już na środku zalewu, Topek zasiadł za sterem bo chciał pouczyć się żeglowania.Nauka potrwała do pierwszego silniejszego szkwału, kiedy o mały włos zaliczylibyśmy kąpiel, a łajba dno, jak Titanic:-]. Co do Titanica, to Topek chciał też sprawdzić co czuła Kate Winslett, stojąc na jego dziobie i próbując latać, ale chyba pomylił kierunki, a i dzióbomegi wydaje się odrobinę niższy niż Titanica (ale naprawdę niewiele):-D.   Płynąc dalej, minęliśmy Pałacyk i przystań w Jadwisinie.W okolicach Serocka kapitan (tzn ja):-) podjął decyzję o powrocie, bo zrobiło się dość późno.   Zaliczyliśmy jeszcze desant na potwornie ,,zaminowanej" wyspie o wdzięcznej nazwie EUZEBIA. Uciekalismy z niej biegusiem, omijając skokami kolejne miny, bo dziewczyny i Piotrek  postanowili uprowadzić naszą krypę, zostawiając nas na pastwę komarów i czerwonych mrówek. pirat W ostatniej chwili udało nam się wskoczyć na pokład i opanować bunt. Kiedy wypłynęliśmy już na patelnię(tak żeglarze nazywają część zalewu od mostu w Zegrzu do Białobrzegów), wiatr tak osłabł, że Piotrek położył się spać.  Zanim zasnął słyszał podobno jak bąbelki pod dnem omegi szeptały: ,,bądź BAMBUCHAAA"|-o zZ... zZ... zZ...  Teraz już bez obaw przekazałem ster Topkowi i spokojnie mogłem tłumaczyć zasady żeglowania.   Słońce coraz bardziej chowało się za drzewami, a my obserwowalismy jak ostatnie jachty wracały do swoich przystani. Ostatnie kilkadziesiąt metrów pokonaliśmy trochę nie po żeglarsku, bo na prawie obwisłych żaglach i na pagajach. Jeszcze tylko klar na pokładzie, zdanie sprzętu i tak zakończyła się nasza pierwsza wspólna wycieczka na żaglach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Skwarki na wodzie ;)))

wtorek, 04 lipca 2006 9:52

Takiego tempa nikt z nas się nie spodziewał .Od razu po pierwszym kajakowym wypadzie czworo z nas podjęło decyzję o jak naszybszym powrocie na wodę. Spore było zdziwienie właściciela wypożyczalni, pana Grzegorza, kiedy po piętnastu minutach znów zobaczył te same twarze. Nie zdąrzył jeszcze wytrzeć wody z naszych kajaków. Umówiliśmy się na niedzielę.Tym razem postanowiliśmy, że wyruszamy na cały dzień a zaproponowana przez pana Grzegorza trasa to spływ Orzycem i Narwią ok 33 km.

Nadeszła niedziela. Jak zawsze, dzień wcześniej obiecywałem sobie, że wcześnie klapnę do wyrka, żeby się wyspać i ... na obiecankach się skończyło. Zawsze nie mogę spać w takich sytuacjach. Na nogach byłem już o 6 rano.:D  Matko... kto mi kazał wstać o tak zbójeckiej godzinie w niedzielny poranek. Ja chyba zwariowałem!! Kilka minut po siódmej byliśmy już w drodze do Pułtuska. Kiedy przyjechaliśmy na miejsce zastalismy już parę osób i samochód przygotowany do załadowania kajaków. Tą samą trasą miała płynąć inna grupa. My jak zwykle rozpoczęliśmy od pamiatkowej fotki

Na miejsce startu, do miejscowości Smrock, pojechaliśmy z żoną pana Grzegorza. Przesympatyczna osoba. Rozmawiała z nami jakby znała nas od lat.   No i stało się. Kajaki na wodzie, jeszcze tylko ostatnie graty lądują wewnątrz i w drogę. Od pierwszej chwili Orzyc zaskoczył nas czystością wody i bogactwem roślinności, zarówno nad jak i pod wodą. Po przepłynięciu kilkuset metrów (może kilometra), po pokonaniu paru zakrętów natrafiliśmy na pierwszą przeszkodę. Ekipa płynąca przed nami przygotowana była na zagradzające drogę gałęzie, zabrali ze sobą potężną maczetę. Jednak nam zagrodziło drogę ogromne zwalone drzewo... . Jak się przez nie przedostać mając pod ręką tylko mały scyzoryk.  Kiedy wdrapałem się na ogromny pień, z ulgą krzyknąłem do reszty ekipy, że nie potrzebny będzie scyzoryk i nie trzeba będzie wołać bobrów, bo pod gałęziami jest wąskie przejście. Co prawda pokonaliśmy dość łatwo to drzewo, ale i ono zemściło się na mnie, zgodnie z zasadą, że ten się śmieje kto się śmieje ostatni. Już pierwsze gałęzie zerwały mi z głowy okulary przeciwsłoneczne i tyle je widziałem.

Przepływając pod mostem na drodze w kierunku Suwałk, nasi dwaj strong mani: Topek i Pchełka, próbowali... przewrócić jeden z betonowych filarów. Nie wiem po co im to było, ale udało mi się odwieść ich od tego zamiaru,tłumacząc, że jak zwalą most to nie dostaniemy się na Mazury na kolejne spływy.:-)  Po krótkiej przerwie na posiłek ruszyliśmy w dalszą drogę, ale w zmienionych składach . Pchełka ulokował się za Kasią, ale nie wiem czy wyszło mu to na dobre.  Nasza Kasieńka, cud dziewczyna, ale... przez cały czas próbowała Pchełkę utopić. Za każdym razem, z niewinnym uśmiechem  prosiła, żeby  sprawdził głębokość. Raz prawie zniknął pod wodą. Ot kobiety... Płynęliśmy przez piękne okolice, gdzie kilometrami nie było widać śladów obecności człowieka.  W pewnym momencie spojrzałem do tyłu a tam... ki czort!??(o_o) W pierwszej chwili myślałem, że to jakieś stworzenie bagienno-błotne, ale po chwili zorientowałem się, że to tylko Topek postanowił zostać na bezludnej wyspie. .  Byliśmy zachwyceni pięknem dzikiej przyrody. Nasz zachwyt mącił czasem widok pozostałości, po również dzikch choć podobno cywilizowanych ludziach.  Na naszej drodze otarliśmy się o: łóżko, lodówkę, cztery piece CO, i kilka takich miejsc jak na fotce, gdzie zatrzymały się niesione przez wodę stosy butelek, słoików itp. Aż chciało się krzyknąć: ,, Nasi tu byli" .  

Wracając do przyjemniejszych stron naszej wyprawy Kasia, w przerwach między sprzeczkami z Pchełką, prezentowała najnowszy trend w budowie kajaków:  kajak wyposażony w dwie poduszki powietrzne...:-]. ( piszący te słowa to:8 )  HE HE HE. 

Pchełka też prezentował i to jak rasowy model z okładki kolorowego pisma dla kobiet-kąpielówki wzór ,, LATO 2006"  i to z obu stron: :-D No ładne, ładne - plecy Kasi .

Ostatnie kilometry Orzyca to seria ostrych zakrętów. Czasami ledwo się w nich mieściliśmy i była to wspaniała zabawa.Ostatnia godzina na tej pięknej rzece upłynęła nam na słuchaniu przepowiedni naszej ,, Kasandry", która co dwie minuty powtarzała, ze już czuje Narew.. Po kilkudziesięciu próbach udało jej się przewidzieć, że to już za najbliższym zakrętem. U zbiegu Orzyca i Narwi spotkaliśmy grupę, która płynęła przed nami. Oni jednak poszli na łatwiznę, wyjęli z kajaka niewielki silniczek i przy jego pomocy popłyneli do Pułtuska.

My zatrzymaliśmy się na ,, popas ".  Z zachowaniem szczególnej ostrożności ( to konieczne w czasie suszy!!! ) rozpaliliśmy ognisko. Była kiełbacha, chlebuś, kawa i zimne, choć już tylko z nazwy, napoje.

We wsi Zambski Kościelne zrobiliśmy desant na plaży, która była tak zaminowana jak plaża Omaha z filmu ,,Szeregowiec Ryan".:-O   Do pobliskiego sklepu obok kościoła poruszaliśmy się skokami i zygzakami. Łatwo się domyśleć, że winowajcami tak gęstego zaminowania nie byli Niemcy. Oni już dawno zostali z tych terenów wyparci przez sojuszniczą Armię Czerwoną. Sprawczynie, leżąc leniwie na łące, patrzyły w naszym kierunku i przeżuwając zjedzoną wcześniej trawę, przerabiały ją na mleko i... następne miny.

 Nieopodal, pod drzewkami, kilku tubylców o twarzach ogorzałych niekoniecznie od słońca, w przepięknej scenerii: z kościołem w tle, raczyło się trunkiem, którego cena z pewnością nie przekroczyła 5 PLN. Sporządzony był on jednak z wyśmienitych polskich owoców i równie wyśmienitego ( prawdopodobnie też polskiego ) kwasu siarkowego.:-%  Kiedy dotarliśmy w końcu do sklepu musieliśmy przedstawiać paradny widok. Przypominam, że obok w kościele odprawiana była niedzielna msza, a my w samych kąpielówkach... . W sklepie były dwie młode dziewczyny. Jedna z nich zmierzyła nas szybko wzrokiem , po czym wydała z siebie krótkie HM. (chyba na widok Pchełki, bo ja już się nie mieszczę w tej kategorii wiekowej:-(;-(;-(, choć się nie daję;-))  Wyjaśniłem, tym sympatycznym paniom, że jesteśmy ministrantami, właśnie służymy do mszy, ale jest taki upał, że wpadliśmy się czegoś napić. Chyba przyjęły moje wyjaśnienie0:-).

Wróciliśmy na wodę. Leniwie mijały kolejne kilometry. Żar lał się z nieba,  Kasia jeszcze wtedy cieszyła się z opalenizny. Nasz dramat zaczął się dopiero w Gnojnie, gdzie postanowiliśmy się wykąpać.  Wtedy dotarło do nas, że zamiast się opalić, my się usmażyliśmy jak słonina na skwarki, a przed nami jeszcze ok 4 godzin drogi. Pospiesznie założyliśmy koszulki i ruszyliśmy w dalszą drogę.

                                

Do Pułtuska dotarliśmy ok 18:30 . Pan Grzegorz chwilę się nam przyglądał, bo jak powiedział, trochę się zmieniliśmy i nie mógł nas poznać.

I tak zakończyła się nasza druga wycieczka kajakowa, której negatywne skutki odczuwamy do dziś, tzn. już piąty dzień. Skórę, gdyby się nie rwała w drobny mak, mógłbym zdjąć i powiesić na wieszaku,a tak boli, że w nocy nie mogę spać.. Do tego opaliłem się w różne, zupełnie zwariowane wzorki. Resztę lata spędzę w koszulce chyba nawet nad wodą, bo ludzie pouciekaliby, myśląc że mam jakąś okropną chorobę.

Pamiętajcie: na spływ koniecznie trzeba zabrać ( i używać !!!) koszulkę, krem z porządnym filtrem i coś na głowę z daszkiem. Uczcie się na naszych błędach.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (29) | dodaj komentarz

Kajaki w Pułtusku

sobota, 01 lipca 2006 19:34
W końcu udało się!!! Dopiero w drugim podejściu udało mi się namówić kilka osób z pracy na wspólną wycieczkę kajakową. Rekrutacją ekipy zajął się Topek. W pierwszej chwili myślałem, że nie uda mu się nikogo namówić na wyjazd. Ogromne było moje zaskoczenie, kiedy powiedział: "... będzie potrzeba pięć kajaków...". Od razu po pracy pojechałem zrobić rozpoznanie odnośnie cen i trasy. Mój wybór co do miejsca, z którego weźmiemy kajaki padł na wypożyczalnię ,,Keja " należącą do sympatycznego pana Grzegorza Śniadowskiego. Ostatecznie do ,,wyprawy" stanęło sześć osób: pięciu chłopa:-D i nasza maskotka Kasieńka :-), jedyna kobietka na naszym dziale. Na wycieczkę umówiliśmy się 29 czerwca po pracy. Już na samym wstępie wykazaliśmy się ogromną odwagą i determinacją powierzając nasze grzeszne dusze Kasi, która nie zważając na obowiązujące przepisy ruchu drogowego dowiozła nas na miejsce, tzn na pułtuski rynek.

  Tak towyglądało...        

Cała ekipa, choć na miękkich nogach wysiadła z samochodu i ochoczo ustawiła się do fotki.

W trasę wyruszyliśmy pułtuskim kanałem, który jest obecnie jednym wielkim ściekiem... . Pierwsze wrażenia nie były zbyt obiecujące. Tuż za pierwszą tamą natknęliśmy się na ... pierwszego ( i na szczęście ostatniego) zdechłego szczura:-%, który wyglądał jakby był na niezłej porcji sterydów.Dalej było już coraz lepiej                   Topek zabawiał Kasię, Pcheła robił PSSSS...;-)a Peugeot z Burkiem

dali takiego ,,ognia", że spotkalismy ich dopiero na Narwi koło Kleszewa.  cdn.

Po pewnym czasie od siedzenia w kajaku zesztywniały nam mięśnie. Postanowiliśmy, że trochę je porozciągamy. Do tego celu mieliśmy pod ręką tylko... tamę.  Kiedy wypłynęliśmy w końcu na Narew w okolicach Kleszewa, Pchełka jak oparzony wyskoczył do wody na środku rzeki. Kiedy wyszedł spod wody cieszył się jak dziecko, że nie skakał na główkę. Powód dokładnie widać na fotce.

Po szczęśliwym lądowaniu przy dźwiękach mlaskającego i bulgoczącego pod stopami bagnistego brzegu ekipa już w całości ustawiła się do fotki. No tak... zapomniałem, że dla mnie to lądowanie wcale nie było takie szczęśliwe, bo od razu na coś wlazłem i rozwaliłem nogę;-(, a z tą ekipą w całości trochę przesadziłem bo ja byłem z drugiej strony aparatu... . Taki los fotografa.  Wycieczka kajakowa zakończyła się dość typowo, bo w przystani u pana Grzegorza, zakończenie dnia przyniosło nam zupełną niespodziankę. Wracając do domu pojechalismy na lotnisko w Chrcynnie, gdzie dzięki uprzejmości pana z obsługi mogliśmy wejść do samolotu i posiedzieć za sterami.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (17) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


wtorek, 30 sierpnia 2016

Licznik odwiedzin:  13 329  

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Archiwum

O moim bloogu

Do stworzenia blooga i wyciągnięcia grupy znajomych na wycieczki kajakowe skłoniła mnie rozmowa z kolegą ze szkolnych lat Piotrkiem Kacperskim. Spotkaliśmy się podczas III Zjazdu Absolwentów L.O. w Na...

więcej...

Do stworzenia blooga i wyciągnięcia grupy znajomych na wycieczki kajakowe skłoniła mnie rozmowa z kolegą ze szkolnych lat Piotrkiem Kacperskim. Spotkaliśmy się podczas III Zjazdu Absolwentów L.O. w Nasielsku. Piotrek opowiadał o wyprawach kajakowych organizowanych przez Fundację FUN KAYAK. Po obejrzeniu strony internetowej fundacji postanowiłem namówić moich znajomych na krótki wypad kajakowy. Wszystkim tak się to spodobało, że drugi wypad miał już ok 30 km. Obecnie planujemy kolejne wyprawy. W tym roku chcielibyśmy ,, zaliczyć" jeszcze jakieś rzeki, jednak jest to uzależnione od finansów i czasu. Nasze wycieczki opisywać będziemy w tym bloogu. Mozemy się pochwalić, że dostalismy zaproszenie do umieszczenia linku do naszego blooga na stronie internetowej Starostwa Powiatu Pułtuskiego, za co serdecznie dziękujemy. Zapraszamy również inne organizacje i firmy do współpracy.

schowaj...

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

Statystyki

Odwiedziny: 13329

Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl